Jaram się, jaram

Rękodzielnicze zabawy, to jedno z moich ulubionych zajęć zaraz po sprzątaniu w kuwetach i czyszczeniu ubrań z kociej sierści. 😉 Od jakiegoś czasu jestem dumną członkinią Piotrkowskiego Koła Gospodyń Miejskich, gdzie relaksuję się niesamowicie, uczę przeróżnych technik rękodzielniczych i  bawię w doborowym towarzystwie (przemycając czasem kocie treści).

Bywa, że swoją przygodę z daną techniką kończę na jednym spotkaniu (spróbowałam, wystarczy, to nie moja bajka), ale zdarza się i tak, że coś mocno mnie zaintryguje i postanawiam kontynuować doskonalenie w domu. Tak stało się z pirografią, która urzekła mnie pod wieloma względami. To doskonała technika zarówno dla artystów, którym rysunek przychodzi bez najmniejszych trudności, którzy mogą swoje artystyczne wizje utrwalać w nietypowej formie, jak i dla odtwórczych rękodzielników, którym po prostu marzą się ładnie przyozdobione przedmioty. I niezależnie od stopnia posiadanych umiejętności, każdy może w tym odnaleźć swoja magię. Ja odnalazłam…

Nadchodzi wieczór. Przygotowuję miejsce pracy. Parzę gorącą herbatę z suszonymi owocami. Zapalam lampkę. Pod lampką instaluje się kot. Włączam Spotify. Doszlifowuję dechę i odpalam pirograf. W powietrzu zaczyna unosi się zapach tlącego, bukowego drewna. Powstają pierwsze… koty.

Gdzie kot nie może, tam włóczkota pośle

Wśród kociarzy „sprzężonych” z Internetem zapanowała moda na kocie klony z Sankowa. Ten rozwijający się oszałamiająco ruch zapoczątkował Rysiek z Marchewką i teraz każdy miłośnik i posiadacz kota, chce mieć jego odpowiednik we włóczkowej lali. 🙂 Ania ma pełne ręce roboty, bo liczba osób chętnych do posiadania włóczkota rośnie lawinowo.

Drużyna naDrapku

Po co? Po co to robimy? Przemawia za tym kilka czynników – względy estetyczne (zaprzeczyć się nie da, że lale są cudne) oraz odrobina egoizmu i trochę poczucia winy. Najtrudniejszymi chwilami dla kocich opiekunów są rozstania. Wyjazdy się zdarzają, czasem przymusowe, czasem dla przyjemności, jednak generalnie są nieuniknione. Koty zostają w domu, na chwilę  – same, na dłużej – pod dobrą opieką, ale zostają. Nie lubią i nie powinny podróżować, a my przecież chcielibyśmy mieć je zawsze przy sobie. Co to za wypoczynek, choćby nawet na Karaibach, skoro nie ma z nami naszych futer? Włóczkoty stają się namiastką naszego domowego kociego świata, które bez żadnych konsekwencji dla zdrowia i samopoczucia ich żywych pierwowzorów możemy zabierać ze sobą, gdzie tylko zapragniemy.

Włóczkoty

Kuku z klonem

Benia z klonem

Rudolf z klonem

W pracy, na biurku obok laptopa siedzi sobie wełniany Rudolf i kontroluje czas, jaki pozostał do powrotu do domu. Służbowy wyjazd M. – Kuku już zerka guzikowymi oczętami na walizkę, do której za moment trafi. Benia pierwszy raz odwiedzi Kazimierz nad Wisłą, mam przeczucie, że premiery filmowe Pod Namiotem przypadną jej do gustu. :). Kąpieli w Wiśle nie będzie, bo wełna może się sfilcować. 😉

Istnieje jeszcze teoria, nieco kontrowersyjna, zapoczątkowana przez Mańki, że włóczkoty są szpiegami. Na zlecenie, dokładnie obserwują i rejestrują nasze poczynania poza kocim domem, a następnie lojalnie donoszą futrom o wszelkich swoich spostrzeżeniach.
– Czy aby na pewno z każdej podróży przywiozą odpowiednie prezenty i smakołyki? – Czy aby przypadkiem nie wpadł Pańciowi w oko nowy kot, którym chce zastąpić obecnych rezydentów? – Czy Pańci, w ckliwym odruchu, nie zachciało się dokocić kolejnym podwórkowym pchlarzem, który zrobi i tak już dużą konkurencję do miseczki z jedzeniem? Teoria kontrowersyjna, ale całkiem prawdopodobna. 😉

Jaja sznurkowe

Sznurek jutowy na początku nie wydawał mi się dobrym rozwiązaniem… wiadomo… koty…, ale to wcale nie jest taki zły pomysł. Po świętach takie jajo będzie stanowiło doskonałą zabawkę. Po co ma leżeć przez cały rok i kurzyć się w zakamarkach pawlacza lub piwnicy.

Proszę Państwa oto jaja sznurkowe, czyli zabawka dla kota i ozdoba wielkanocna w jednym 😉

Kiermasze, jarmarki, kwesty i zbiórki…

Kocie kiermasze w Spirali, to nie tylko obowiązek, ale przede wszystkim przyjemne spędzenie wieczoru, w doborowym towarzystwie, przy porządnej muzyce i wyśmienitych smakołykach naznoszonych przez piotrkowski oddział Kociej Mamy 🙂

Tym razem trochę inna formuła.
Oczywiście kiermasz obowiązkowo będzie, zbiórka karmy dla bezdomniaków też, a dodatkowo – pokaz rękodzielniczy (szumnie i na wyrost nazwany warsztatami). Po prostu, każdy, kto będzie chciał, nauczy się robić bombkę „karczochową”, a biletem wstępu będzie kocia karma 🙂

Nie wiem, czy powinnam zdradzać szczegóły, ale podobno będą babeczki piernikowo-miodowe… mniam. Mnie nie może tam zabraknąć.

Karczochowe cuda

Niesamowicie prosta technika. Nawet takie artystyczne drewno  jak ja (trochę kokieterii nie zaszkodzi) pojęło w mig, jak się tworzy takie bombeczki. Już drugi rok karczochowe ozdoby choinkowe oraz wielkanocne jaja (w zależności od sezonu) wspomagają wszelkie kocie kiermasze 🙂 Może w tym roku choć jedną zdążę zrobić dla siebie…

Tylko czy przy rozbrykanych tymczasach choinka ma w ogóle rację bytu?