Nowy rezydent

Jakież było zdziwienie Rudolfa, gdy nieco dokładniej przyjrzał się głaszczącej go ręce. Każdy dodatkowy kot w domu budzi w nim atak histerii, więc i tym razem stało się podobnie. Pozostawiłam go ze złudną nadzieją, że pewnie tak jak każdy tymczas, to i ten zagościł u nas chwilowo. 😉

tattoo

Mnie natomiast, od ponad dwóch tygodni, towarzyszy uczucie ekscytacji z okazji jego powstania. Długo czekałam, długo planowałam, długo szukałam idealnego artysty, ale jest i będę dłuuuuugo go nosić!

Proszę Państwa, oto ozdoba i manifestacja mojej pasji w jednym. 🙂

tatto

Reklamy

Wielofunkcyjność a specjalizacja

Jedna Łódź. Jeden sobotni poranek. Dwie rozmowy telefoniczne do Fundacji Miasto Kotów. Dwa różne światy.

odsłona pierwsza:
– Przykro nam, ale w tej kwestii nie jesteśmy w stanie Pani pomóc. Możemy pomóc w poszukiwaniu innych organizacji w Pani mieście, które będą bardziej kompetentne i które są bliżej problemu.
– Dlaczego tego nie robicie? To kto ma to robić? Przecież ten problem też jest związany z kotami! Domy tymczasowe, adopcje?  A co to za praca?
– Jesteśmy niewielką, lokalną fundacją, która skupia się na realizacji kilku wybranych działań, ale to co robimy, robimy najlepiej jak potrafimy. Nie da się robić wszystkiego. Specjalista od wszystkiego, to zazwyczaj specjalista od niczego. Chyba się Pani z nami zgodzi w tej kwestii.
– $#&&^@*&%… 

odsłona druga:
– Dlaczego chcecie Państwo kotka akurat z naszej Fundacji?

– W sumie szukaliśmy w wielu, ale u was ujęło tas to, jak poważnie i obowiązkowo podchodzicie do procesu adopcji. Dużo rygorystycznych wymagań, ale to świadczy o tym, jak bardzo wam zależy na tych zwierzętach. Nawet trochę się obawiamy, czy uda nam się te warunki spełnić, ale zrobimy wszystko co w naszej mocy.
– 🙂

Profil Przeklętego Mikołaja

Powierzchowność może być myląca – elegancki pan i szykowna pani, okulary od Prady i niezwykle grzeczny chłopczyk lat sześć. Na pierwszy rzut oka ich fizyczność, ogłada i elokwencja w rozmowie idą w parze ze zdrowym rozsądkiem. Na pierwszy rzut oka jedynie…

– Nasza bratanica uwielbia zwierzęta. Najbardziej kocha konie i koty. Chcemy jej zrobić niespodziankę, o jakiej marzyła od dawna. Koń odpada. Ona mieszka z rodzicami w niewielkim mieszkaniu w bloku, ale kot będzie idealny. Czy wie? Nie, skąd! Cóż to by była za niespodzianka! Żadna! Nie wie absolutnie nic. Ale będzie zaskoczenie. Nie sądzi pani? Cała rodzina będzie pod wrażeniem, gdy zamiast standardowo zamówionej kolejnej lali, wyjmiemy z transportera słodkiego kiciusia. Jestem specjalistką przez duże „S” od niespodzianek. Efekt murowany! – z wymalowaną dumą na mocno wypudrowanym licu zakończyła swoją perorę.

I bet you are… Dobrze, że śladowe ilości zdrowego rozsądku pozwoliły jej wykluczyć z niespodzianki konia. Efekt byłby rzeczywiście murowany. Efekt WOW. Czy ja to muszę koniecznie komentować? Czy to co roku trzeba komentować?  Powtarzać jak mantrę? Zwierzę nie jest rzeczą! Człowieku myśl, qrwa!

Warsaw Tattoo Convention

Od dawna noszę się z zamiarem, by swą kocią pasję zamanifestować w postaci tatuażu. Temat długo nie mógł doczekać się realizacji, bo zależy mi też na tym, by wizualna strona tej manifestacji była jak najlepszej jakości. Gdy nadarzyła się okazja wyjazdu na konwent tatuażu, nie mogłam sobie odmówić. W jednym miejscu zgromadzili się wybitni artyści z Polski i z zagranicy. Uznałam, że z tak zacnego grona na pewno wybiorę tę perełkę, której pozwolę zostawić trwały ślad na mym przedramieniu. Znalazłam! Znalazłam nawet kilka, a jednej z nich powierzyłam realizacje mojego marzenia. Termin ustalony, dość odległy niestety, ale poczekam… wytrzymam. 🙂

Porażka adopcyjna

Jak sobie radzić z nieszczęśliwymi wypadkami losowymi? Jak sobie wytłumaczyć, że nie mamy na wszystko wpływu? Jak nie gromadzić w sobie wątpliwości, poczucia winy, żalu i złości? Nie potrafię, gdy w grę wchodzi zdrowie i życie żywej istoty. Wracam myślami, analizuję… Dzielenie się tym, co leży na sercu, nie przynosi ulgi. Minęło już wiele tygodni, a ja ciągle do tego wracam. Pierwsza porażka adopcyjna i kolejnej nie zniosę… 

Wpis nieco osobisty

Miał być Kuku a tu znowu ja.

Zaniedbałam pisanie, przyznaję się bez bicia, a Kuku był jedynie pretekstem, wymówką na blogowe lenistwo, którego opanowanie przychodzi mi ostatnio z niezwykłym trudem. Poza tym, zrzucenie odpowiedzialności za prowadzenie bloga na kogoś równie jak ja chaotycznego i leniwego nie mogło zakończyć się inaczej, jak tylko zastojem i sporymi zaległościami.

Zrodził się jednak w mej głowie pewien plan. Nic wyszukanego – trenowanie ciała i ducha, czyli sporo samorozwoju związanego z motywacją do pracy oraz tyle samo aktywności fizycznej, czyli produkujący endorfiny fitness. Powoli rozbudził się też we mnie imperatyw do jego realizacji i jestem na dobrej drodze do powrotu na swe nieco grafomańskie tory kociego bloga, o tężyźnie fizycznej nie wspominając.

Wspieram się „narzędziami” i metodami, do których jeszcze niedawno miałam ambiwalentny stosunek, a do których zaczęłam się przekonywać po ukończeniu przymusowego szkolenia w pracy oraz podczytując zaprzyjaźnionego blogera. Moje ironiczne (typowe dla kociej natury) podejście do teorii porządkujących każdą sferę ludzkiego życia uległo lekkiemu przewartościowaniu. Nic rewolucyjnego, ale zawsze to jakaś zmiana.

Kupiłam w sklepie papierniczym pięknie oprawiony notatnik z grafiką Joanny Sarapaty (bez kota!). Takich notesów, pamiętników, kalendarzy i zeszytów miałam w domu całe mnóstwo i nigdy z tego nic nie wynikało. Po prostu sobie były, a jak już zebrało się ich za dużo, to trafiały zupełnie niezapisane na makulaturę. Obiecałam sobie, że ten losu poprzednich nie podzieli. Noszę go zawsze przy sobie i gdy tylko rodzi się w mej głowie mniej lub bardziej ciekawy pomysł, szybko go zapisuję.

notatnik na pomysły

notatnik na pomysły

Na ścianie w pokoju zamontowałam tablicę. Kolorowymi flamastrami ogarniam na niej towarzyszący mi każdego dnia myślowy chaos, a jak nie ogarniam to po prostu sobie rysuję. 🙂 Łaskawie dzielę tablicę z M., który również odkrył jej zbawienne właściwości. Atmosfera reorganizacyjna udzieliła się nawet kotom. Rudolf docenił obły kształt flamastrów doskonale toczących się po podłodze i zdecydowanie tej wiedzy nadużywa. 

Założyłam profil na Endomondo. Tym endomondowym efektem jestem zaskoczona najbardziej. Po każdym powrocie z ćwiczeń, zrzucam buty i kurtkę, nie zwracając uwagi na oburzone moją ignorancją głodne koty, pędzę odnotować trening, czyli mój kolejny mały sukces. I co ciekawe, nie padam zmęczona. Początki są obiecujące…

….

No i nie mówię nie. Być może czasem Kuku przemówi, ale blog jest mój i bez walki go nie oddam. 😉

Metoda małych kroków

Blog zaniedbany, ale mam bardzo poważne wytłumaczenie – ruszyła Fundacja. Oczywiście wrócę i do tego, bo pisanie i dzielenie się tym co widzę i robię sprawia mi ogromną frajdę. Nie odpuszczę, choć nieco zwolnię. 🙂

Rozkręcanie Fundacji pochłania większość mojej energii i pewnie będzie tak jeszcze przez czas jakiś. Mam na głowie więcej obowiązków, więcej pracy, więcej wszystkiego… oprócz czasu oczywiście. 🙂 Mogłoby się wydawać, że powinien też towarzyszyć temu ogromny stres, a tu niespodzianka. Jest tak, jak miałam nadzieję, że będzie – bez chaosu, bez pośpiechu, bez przymusu, bez tarć i krzyków. Jest nas mała grupa, ale każdy wie czego chce i wie co ma robić. No i jeszcze Ci wszyscy życzliwi ludzie bliżej lub dalej, którzy od dawna obserwują naszą pracę i wiedzą, że Miasto Kotów nie spadło z Księżyca, którzy nam kibicują, wspierają słowem i działaniem. Oni są dowodem na to, że warto budować na solidnych fundamentach, firmować sobą to, w co się wierzy w stu procentach, mówić co się myśli, działać bez dysonansu między mową a czynem, wierzyć własnej intuicji…

Wszystko ładnie się układa. Skłamałabym pisząc, że jest idealnie. Nie jest, bo pomaganie jest nieprzewidywalne, koty są nieprzewidywalne, ludzie są nieprzewidywalni, finanse raz są, raz ich nie ma. Stresu też troszkę jest. Na szczęście nie paraliżuje, nie spala, a motywuje i nakręca do dalszego działania. Zobaczymy co będzie dalej…