Powiedzieć w złą godzinę

To jeden z tych poranków, kiedy o niezwykle wczesnej porze, z powodu wyjazdu służbowego M., zasiedliśmy do śniadania. W lekkim jeszcze półśnie piliśmy kawę i gadaliśmy o Florkach. Szczególną pustkę po rozstaniu z tygryskami odczuwa M., ale chyba o jedno „pusto” powiedział za dużo. Od jego wyjścia z domu minęło zaledwie pięć minut, gdy powrócił trzymając w rękach, krzyczącego wniebogłosy, małego burasa przypominającego nieco bardziej wycior do butelek niż zwierzę. Chude, z najeżonym ogonem i oczami jak pięciozłotówki, małe coś.
– Płakał, nie uciekał. Co miałem zrobić? Wiem, że miała być przerwa, ale tego się przecież nie da zaplanować. – powiedział, podał kota przez próg mieszkania i pobiegł na pociąg.

Nie jestem wyznawczynią tzw. „złej godziny”, ale po dzisiejszym dniu, coraz trudniej będzie mi wytrwać w moim podejściu do spraw kocich bez tego przesądu. 

kocia niespodzianka

no i mamy kolejnego tymczasa…

Reklamy

Wielofunkcyjność a specjalizacja

Jedna Łódź. Jeden sobotni poranek. Dwie rozmowy telefoniczne do Fundacji Miasto Kotów. Dwa różne światy.

odsłona pierwsza:
– Przykro nam, ale w tej kwestii nie jesteśmy w stanie Pani pomóc. Możemy pomóc w poszukiwaniu innych organizacji w Pani mieście, które będą bardziej kompetentne i które są bliżej problemu.
– Dlaczego tego nie robicie? To kto ma to robić? Przecież ten problem też jest związany z kotami! Domy tymczasowe, adopcje?  A co to za praca?
– Jesteśmy niewielką, lokalną fundacją, która skupia się na realizacji kilku wybranych działań, ale to co robimy, robimy najlepiej jak potrafimy. Nie da się robić wszystkiego. Specjalista od wszystkiego, to zazwyczaj specjalista od niczego. Chyba się Pani z nami zgodzi w tej kwestii.
– $#&&^@*&%… 

odsłona druga:
– Dlaczego chcecie Państwo kotka akurat z naszej Fundacji?

– W sumie szukaliśmy w wielu, ale u was ujęło tas to, jak poważnie i obowiązkowo podchodzicie do procesu adopcji. Dużo rygorystycznych wymagań, ale to świadczy o tym, jak bardzo wam zależy na tych zwierzętach. Nawet trochę się obawiamy, czy uda nam się te warunki spełnić, ale zrobimy wszystko co w naszej mocy.
– 🙂

Jaram się, jaram

Rękodzielnicze zabawy, to jedno z moich ulubionych zajęć zaraz po sprzątaniu w kuwetach i czyszczeniu ubrań z kociej sierści. 😉 Od jakiegoś czasu jestem dumną członkinią Piotrkowskiego Koła Gospodyń Miejskich, gdzie relaksuję się niesamowicie, uczę przeróżnych technik rękodzielniczych i  bawię w doborowym towarzystwie (przemycając czasem kocie treści).

Bywa, że swoją przygodę z daną techniką kończę na jednym spotkaniu (spróbowałam, wystarczy, to nie moja bajka), ale zdarza się i tak, że coś mocno mnie zaintryguje i postanawiam kontynuować doskonalenie w domu. Tak stało się z pirografią, która urzekła mnie pod wieloma względami. To doskonała technika zarówno dla artystów, którym rysunek przychodzi bez najmniejszych trudności, którzy mogą swoje artystyczne wizje utrwalać w nietypowej formie, jak i dla odtwórczych rękodzielników, którym po prostu marzą się ładnie przyozdobione przedmioty. I niezależnie od stopnia posiadanych umiejętności, każdy może w tym odnaleźć swoja magię. Ja odnalazłam…

Nadchodzi wieczór. Przygotowuję miejsce pracy. Parzę gorącą herbatę z suszonymi owocami. Zapalam lampkę. Pod lampką instaluje się kot. Włączam Spotify. Doszlifowuję dechę i odpalam pirograf. W powietrzu zaczyna unosi się zapach tlącego, bukowego drewna. Powstają pierwsze… koty.