To jeden z tych poranków, kiedy o niezwykle wczesnej porze, z powodu wyjazdu służbowego M., zasiedliśmy do śniadania. W lekkim jeszcze półśnie piliśmy kawę i gadaliśmy o Florkach. Szczególną pustkę po rozstaniu z tygryskami odczuwa M., ale chyba o jedno „pusto” powiedział za dużo. Od jego wyjścia z domu minęło zaledwie pięć minut, gdy powrócił trzymając w rękach, krzyczącego wniebogłosy, małego burasa przypominającego nieco bardziej wycior do butelek niż zwierzę. Chude, z najeżonym ogonem i oczami jak pięciozłotówki, małe coś.
– Płakał, nie uciekał. Co miałem zrobić? Wiem, że miała być przerwa, ale tego się przecież nie da zaplanować. – powiedział, podał kota przez próg mieszkania i pobiegł na pociąg.
Nie jestem wyznawczynią tzw. „złej godziny”, ale po dzisiejszym dniu, coraz trudniej będzie mi wytrwać w moim podejściu do spraw kocich bez tego przesądu.

no i mamy kolejnego tymczasa…