Rąbek tajemnicy…

Tajemnice. Oj mam z tym poważne problemy. Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam, by nie zepsuć niespodzianki, która nie jest jeszcze do końca gotowa. Właściwie, to jest już gotowa, ale zostało parę drobnych szlifów… no i jak się wygadam, to nie będzie niespodzianki. O matko, jakie to trudne. 🙂

Reklamy

Siatkowanie, czyli kot bezpieczny

Nareszcie koty doczekały się. Zawsze było coś ważniejszego, coś bardziej pilnego. Brakowało czasu i pieniędzy, ale przecież przy prowadzeniu domu tymczasowego brak osiatkowanego balkonu to nieporozumienie. Niby balkon był, ale ze wzgledu na bezpieczeństwo żaden kot z niego nie korzystał… Zmarnowane 4m2…

Na szczęście udało się ten stan rzeczy zmienić. 🙂


Jaką radość dało to kotom? Zdjęcia mówią same za siebie. 🙂

Gdzie kot nie może, tam włóczkota pośle

Wśród kociarzy „sprzężonych” z Internetem zapanowała moda na kocie klony z Sankowa. Ten rozwijający się oszałamiająco ruch zapoczątkował Rysiek z Marchewką i teraz każdy miłośnik i posiadacz kota, chce mieć jego odpowiednik we włóczkowej lali. 🙂 Ania ma pełne ręce roboty, bo liczba osób chętnych do posiadania włóczkota rośnie lawinowo.

Drużyna naDrapku

Po co? Po co to robimy? Przemawia za tym kilka czynników – względy estetyczne (zaprzeczyć się nie da, że lale są cudne) oraz odrobina egoizmu i trochę poczucia winy. Najtrudniejszymi chwilami dla kocich opiekunów są rozstania. Wyjazdy się zdarzają, czasem przymusowe, czasem dla przyjemności, jednak generalnie są nieuniknione. Koty zostają w domu, na chwilę  – same, na dłużej – pod dobrą opieką, ale zostają. Nie lubią i nie powinny podróżować, a my przecież chcielibyśmy mieć je zawsze przy sobie. Co to za wypoczynek, choćby nawet na Karaibach, skoro nie ma z nami naszych futer? Włóczkoty stają się namiastką naszego domowego kociego świata, które bez żadnych konsekwencji dla zdrowia i samopoczucia ich żywych pierwowzorów możemy zabierać ze sobą, gdzie tylko zapragniemy.

Włóczkoty

Kuku z klonem

Benia z klonem

Rudolf z klonem

W pracy, na biurku obok laptopa siedzi sobie wełniany Rudolf i kontroluje czas, jaki pozostał do powrotu do domu. Służbowy wyjazd M. – Kuku już zerka guzikowymi oczętami na walizkę, do której za moment trafi. Benia pierwszy raz odwiedzi Kazimierz nad Wisłą, mam przeczucie, że premiery filmowe Pod Namiotem przypadną jej do gustu. :). Kąpieli w Wiśle nie będzie, bo wełna może się sfilcować. 😉

Istnieje jeszcze teoria, nieco kontrowersyjna, zapoczątkowana przez Mańki, że włóczkoty są szpiegami. Na zlecenie, dokładnie obserwują i rejestrują nasze poczynania poza kocim domem, a następnie lojalnie donoszą futrom o wszelkich swoich spostrzeżeniach.
– Czy aby na pewno z każdej podróży przywiozą odpowiednie prezenty i smakołyki? – Czy aby przypadkiem nie wpadł Pańciowi w oko nowy kot, którym chce zastąpić obecnych rezydentów? – Czy Pańci, w ckliwym odruchu, nie zachciało się dokocić kolejnym podwórkowym pchlarzem, który zrobi i tak już dużą konkurencję do miseczki z jedzeniem? Teoria kontrowersyjna, ale całkiem prawdopodobna. 😉

Mitoobalacz – Part 3

Bezpieczeństwo

– Znam swojego kota doskonale. Nie w głowie mu skakanie z balkonu za byle ptaszkiem. Ręczę za niego. To staruszek, któremu tylko wylegiwanie się i jedzenie w głowie. Uchylne okno? Nigdy nie widziałem, by się nim interesował. Jest za gruby. Nie przeciśnie się nie ma mowy. Poza tym te wszystkie zabezpieczenia, siatki, to chyba lekka przesada. Jak żona powiesi skrzynki z kwiatami? Będę czuł się zamknięty w klatce, nie mówiąc już o kosztach, jakie trzeba ponieść za ich założenie. Z nowym kotem też sobie poradzę. Proszę mi zaufać. Nawet jak wyskoczy, to przecież nic mu się nie stanie – koty spadają na cztery łapy, a moje piętro to dla kota bułka z masłem. Sąsiadce wyskoczył i wrócił cały i zdrowy. – jednym tchem wypowiedział kandydat na dom stały.

Ta rozmowa przedadopcyjna skończy się fiaskiem. Kociak poczeka na nowego zainteresowanego. Dlaczego? Bo niewiedza i świadoma ignorancja idą tu w parze, a ta druga dyskwalifikuje kandydata bezapelacyjnie. Gdy wydarzy się tragedia, DS zweryfikuje swoje podejście do zabezpieczeń, a ja nie chce, by królikiem doświadczalnym stał się mój tymczasowy podopieczny.

Nikt nie może ręczyć za swojego kota w 100%. To tylko zwierzę, u którego instynkt może wziąć górę nad wychowaniem. Niezabezpieczony balkon to ogromne niebezpieczeństwo, a uchylne okno jeszcze większe! Pieniądze? Siatki i blokady do okien kosztują, ale nie są to krocie. Każdy adoptujący kota musi być świadomy faktu, że zwierzę generuje koszty. Sterylizacja czy szczepienia przecież też są drogie.

Koty zazwyczaj spadają na cztery łapy, ale przy wyskoku z wysokiego piętra nie uchroni go to przed kalectwem lub śmiercią. Nawet jeśli jakimś cudem skok nie zaszkodzi jego zdrowiu, to i tak możemy kota nigdy nie odnaleźć…

Mam świadomość, że najbardziej rygorystyczne warunki adopcyjne nie uchronią moich podopiecznych przed wszystkimi niebezpieczeństwami. Wiem coś o tym, bo już kilku nie uchroniły… 😦 Staram się jak mogę i przyznam, że robię to nie tylko dla nich, ale również dla siebie. Każda docierająca do mnie zła wiadomość z domu stałego obarcza mnie poczuciem winy i niszczy cząstkę mojej społecznikowskiej duszy…

Z wizytą u „dalmatyńczyków”

Te dwa kociaki cudem uniknęły śmierci, gdy zostały wyciągnięte przez panią Grażynkę ze schroniska i odkarmione na butelce. Teraz mają „Kanadę” w swoim domku, gdzie ich opiekunka, zakochana w nich po uszy robi wszystko, by były szczęśliwe. Tak się szczęśliwe składa, że mieszkam w sąsiedztwie i zaproszona na kawę mogłam co nie co uwiecznić aparatem. 🙂

Japoński kult kota

Przeczytałam kilka dni temu artykuł w majowym numerze „Vege” o kotach w Japonii i przeraziło mnie to, czego się dowiedziałam. Hello Kitty, Maneki Neko, Nyan Cat, kocie kawiarnie… kult kota okazuje się pustą wydmuszką. 

Koty (i inne zwierzęta) traktowane są w Japonii przedmiotowo, jak meble… są „utylizowane”… nie ma schronisk, nie ma sterylizacji, nie ma organizacji pro zwierzęcych, nie ma instytucji rządowych dbających o dobrostan zwierząt!! Są za to kontenery na niechciane (żywe!!!) zwierzęta, z których trafiają do komór gazowych, dekompresyjnych lub są zabijane prądem w ciągu 3-5 dni od porzucenia przez właściciela! Część z nich trafia do laboratoriów na testy. W sklepach zoologicznych można sobie wymieniać stary „model” na nowy, gdy zwierzę jest stare, chore lub nie spełnia oczekiwań nabywcy. Oczywiście przyniesione do sklepu zwierzęta trafiają do tego samego kontenera…

Są kraje, w których podejście do zwierząt bierze się z ogromnego ubóstwa, zacofania i niewiedzy… ale Japonia? Buddyści?! Ich wiara nie pozwala im uśpić/zabić zwierzęcia, ale sprytnie wykombinowali sobie, że buddyzm pozwala im żywe stworzenie wrzucić do kontenera na śmieci?

Uświadomiłam sobie, że to przecież nie jedyny z grzechów Japończyków. Jest jeszcze przecież rytualny, okrutny mord (rzeźnia, to chyba jedyne dobre słowo w jęz. polskim) delfinów – ich duma i tradycja narodowa! „Zatoka delfinów”… film, po obejrzeniu którego kraj kwitnącej wiśni już żadnemu miłośnikowi zwierząt, nikomu o przeciętnej wrażliwości, nikomu przy zdrowych zmysłach nie skojarzy się w pierwszym odruchu z cudami techniki, architektury i wysoko rozwiniętą kulturą i sztuką.

Myślę, że to ma częściowo związek z ich minimalizmem w okazywaniu emocji, ekspresji, kulturą. Od tysięcy lat ta cywilizacja była kształtowana w zupełnie inny sposób… Są świetnie zorganizowanym narodem… podnieśli się błyskawicznie po tsunami, trzęsieniach ziemi. Aż boję się pomyśleć, gdzie w tym wszystkim były cierpiące równocześnie z ludźmi zwierzęta…

Wiem, że takich przykładów bestialstwa nie trzeba szukać aż tak daleko, ale w Japończykach przeraża mnie to, że oni robią to tak zupełnie oficjalnie, że nie mają żadnych wątpliwości etycznych, że traktują to wręcz jako swoje osiągnięcie cywilizacyjne. Uważają, że dzięki temu dbają o zdrowie publiczne i zapobiegają epidemiom! Gdy część krajów walczy o utrwalenie wśród społeczeństwa definicji „zwierząt pozaludzkich” posiadających świadomość(!!), Japończycy pozostają przy „rzeczy ożywionej”, „przedmiocie z odruchami fizjologicznymi”, który nic nie czuje?